Stanął na progu pokoju, w którym leżał jego umarły ojciec, 
owinięty jak jedwabnik w woskową ciszę - i krzyknął.
Od tego to się zaczęło.
Czepił się huku i piął się po nim w górę, gdyż wiedział, że cisza
oznacza śmierć. Rytm podkutych butów, tętent
kopyt na moście -
błękitne szarawary huzara. Grzmot bębnów i muszkieterowie
wstępują w chmurę dymu - srebrna szpada oficera. Ryk armat,
ziemia jęczy jak bęben - trójkątne czako marszałka.
Więc kiedy umarł, wierni żołnierze chcą, aby po drabinie wrzawy
wstąpił w niebo. Sto dzwonnic rozkołysało miasto.
W chwili gdy znajduje się ono najbliżej nieba, kanonierzy strzelają.
Ale nie mogą odłupać twardego lazuru na tyle, aby marszałek
zmieścił się cały ze szpadą i trójkątnym czakiem.
Teraz znów się odkleił i spadł na twarz ziemi. Wierni żołnierze
podnoszą go i jeszcze raz strzelają w górę.



Jego twarz groźna w chmurze nad wodami dzieciństwa
(tak rzadko trzymał w ręku moją ciepłą głowę)
podany do wierzenia win nie przebaczający
karczował bowiem lasy i prostował ścieżki
wysoko niósł latarnię gdy weszliśmy w noc

myślałem że usiądę po jego prawicy
i rozdzielać będziemy światło od ciemności
i sądzić naszych żywych
stało się inaczej

tron jego wiózł na wózku sprzedawca starzyzny
i hipoteczny wyciąg mapę naszych włości

urodził się po raz drugi drobny bardzo kruchy
o skórze przeźroczystej chrząstkach bardzo nikłych
pomniejszał swoje ciało abym mógł je przyjąć

w nieważnym miejscu jest cień pod kamieniem

on sam rośnie we mnie jemy nasze klęski
wybuchamy śmiechem
gdy mówią jak mało trzeba
aby się pojednać