Dnie były amarantowe
błyszczące jak lanca ułańska

śpiewano w megafonach
anachroniczną piosenkę
o Polakach i bagnetach

tenor ciął jak szpicrutą
i pokażdej zwrotce
ogłaszano listę żywych torped

które notabene
przez sześć lat wojny
szmuglowały słoninę
żałosne niewypały

wódz podnosił brwi
jak buławę
skandował: ani guzika

śmiały się guziki:

nie damy nie damy chłopców
płasko przyszytych do wrzosowisk


Nie można wyobrazić sobie snu ryb. Nawet w najciemniejszym 
kącie stawu, wśród trzcin, ich spoczynek jest czuwaniem:
wiecznie ta sama pozycja i absolutna niemożność powiedzenia
o nich: złożyły głowę.
Takie ich Izy są jak krzyk w pustce - niepoliczone. Ryby nie
mogą gestykulować swojej rozpaczy. To usprawiedliwia tępy nóż,
który skacze po grzbiecie zdzierając cekiny łusek.